Pewien uroczy dżentelmen razu pewnego
Wziął mnie w rejs gondolą wieczoru zlewnego.
Świat razem zwiedzamy, urocze zakątki,
Umysłu bądź ciała – plączą mi się wątki.
Oniemiała z wrażenia, zdjęta romantyzmem
Nie pomnę czym rozsądek, gnana optymizmem.
Wtem, w pół drogi będąc, spoglądam przez ramię,
Drogi! Toż my wody Styksu przemierzamy śmiale!
Droga, rzecze – Spokojnie, Hermès moje imię,
Na brzeg rzeki cię później odprawię szczęśliwie.
Płyniemy więc dalej, nie pomna rozsądku,
Ja, biedna konkubina, w poplątanym wątku.
Toniemy w radości, lecz czas bezlitosny
Pogania nam dłonie w uścisku miłosnym.
Tupie nogą zegar, czas wciągnąć ubrania,
Wybił koniec wspólnego Styksu zwiedzania.
Dobija do brzegu, bezpiecznie sprowadza,
Macham mu, żegna się, grunt żartu nie zdradza.
Odwracam się nagle i z lękiem spostrzegam:
To zły brzeg rzeki! W ufności poległam.
Odwracam się, wołam, każę mu zawracać,
Lecz próżno go szukać, ślad po nim się zatarł.
Znajduję mały liścik – “Znudził mi się zapach”.
Romantyzm już chyba przestał się opłacać.
Teraz stojąc boso na złym Styksu brzegu
Przeklinam tak ufność, jak zapach lubego,
Liczę włosy siwe, tulę duszę martwą,
Myślę: jak pachnie teraz? i czy było warto?
Untitled, 20×30 cm, charcoal on paper
